Green Letter unika treści politycznych czy czysto ekonomicznych. To nie nasza domena, a poza tym – na te tematy można poczytać na każdym portalu informacyjnym.
Są jednak dni takie jak dzisiaj, kiedy raczej nie sposób pominąć szerszy, geopolityczny wręcz kontekst, w którym egzystuje marketing i technologia. Mówię oczywiście o cłach wprowadzanych przez administrację Donalda Trumpa.
Odpowiedź giełdy pojawiła się właściwie real time. Liderami spadków były firmy technologiczne. To jednak nie kilkuprocentowy spadek wartości Apple jest tutaj najbardziej interesujący. Znacznie ważniejszy wydaje się symboliczny koniec pewnej epoki, w której przyszło nam się wychować, budować swoje firmy i kariery.
Bez wątpienia ta przełomowa zmiana odbije się szerokim echem zarówno w branży tech, wśród marketerów, jak i przedsiębiorców czytających ten newsletter. Pamiętajmy, że już teraz większość udanych polskich firm jest inkorporowana w USA lub innym kraju, z którego płyną pieniądze inwestorów. Czy to początek ostatecznego drenażu innowacji? A może Europa zacznie wspierać lokalny biznes lub wręcz zabraniać wywożenia najlepszych mózgów i firm poza swoje granice? Możemy chyba już oficjalnie powiedzieć, że jako Europejczycy wracamy do epoki ciekawych czasów — które jak wiadomo są w Państwie Środka używane jako przekleństwo w powiedzeniu: obyś żył w ciekawych czasach.
Spis treści:
Utiq testuje kampanię bez ciasteczek
Marki coraz chętniej współpracują z influencerami
Developerzy (i Cloudflare) utrudniają pracę botom AI
Sez Up wprowadza scoring społecznościowy
Tinder pomoże w podrywie
Signal zyskał na skandalu
Cyfrowe bliźniaki jako influencerzy
Crocs docina Nike’owi
Właściciele tesli zmieniają markę
CGV organizuje seanse z szydełkowaniem
Shorty
Weekly Tool
Utiq testuje kampanię bez ciasteczek
Google wprawdzie porzucił (na razie) plany usunięcia ciasteczek z najpopularniejszej przeglądarki na świecie (Chrome), ale planów dostosowania się do bezciasteczkowej rzeczywistości nie porzucili reklamodawcy.
Zależność od plików cookies jest uciążliwa z różnych względów. Jednym z nich są coraz ostrzejsze regulacje z zakresu prywatności, innym rosnąca niechęć użytkowników do „inwigilacji”, a jeszcze innym spadająca skuteczność ciasteczek (m.in. ze względu na mechanizmy blokujące w przeglądarkach).
O tym, że cyfrowy marketing bez ciasteczek jest możliwy, przekonuje Utiq, który dokonał integracji z Real-Time Customer Data Platform (CDP) – należącą do Adobe platformą umożliwiającą analizowanie danych o klientach w czasie rzeczywistym bez użycia plików cookies.
W informacji prasowej belgijski adtech twierdzi, że kampania z wykorzystaniem CDP dostarczyła „wyjątkowych wyników” dla klienta z branży automotive. Dzięki zastosowaniu platformy Adobe oraz identyfikatora Utiq ID firmom udało się osiągnąć „zwiększony zasięg deterministyczny” (oparty na precyzyjnych danych identyfikacyjnych), a także poprawić „kontrolę częstotliwości” (liczbę wyświetleń reklam tym samym odbiorcom) i „wskaźniki ponownej identyfikacji” (skuteczniejsze targetowanie tych samych odbiorców w różnych kanałach).
Wcześniej możliwości CDP testowali m.in. Coca-Cola, Group M i NBCUniversal.
Skoro już nie trzeba mieć ciasteczka, to chyba można je sobie zjeść?
Jeśli wierzyć badaniom, influencerzy mają się jak pączki w maśle.
Kolejne dane wskazują na wzrost zainteresowania marek ich usługami. Dwa tygodnie temu powoływaliśmy się na wyliczenia eMarketera w tym względzie. Tym razem potwierdzenia trendu dostarczają najnowsze analizy Sprout Social.
Z doniesień firmy wynika, że aż 59 proc. marketerów zamierza w bieżącym roku podjąć współpracę z większą liczbą internetowych twórców niż w 2024 r. Z kolei 37 proc. ankietowanych deklaruje chęć utrzymania kampanii influencermarketingowych na dotychczasowym poziomie.
Firmy inwestują w influencing przede wszystkim w celu podniesienia świadomości marki, wzmocnienia jej wiarygodności i zwiększenia zaangażowania odbiorców. Współpraca z większą liczbą internetowych celebrytów to również odpowiedź na socialowe rozdrobnienie. Internauci korzystają z coraz większej liczby mediów społecznościowych. Często też ograniczają obecność na dużych platformach na rzecz tych bardziej niszowych, lepiej odpowiadających ich zainteresowaniom.
– Rynek influencerów wciąż rośnie i nie przewidujemy jego spowolnienia. Twórcy treści stali się zaufanymi źródłami inspiracji i rozrywki, więc konsumenci będą za nimi podążać na nowe platformy. – powiedziała Layla Revis, wiceprezes ds. mediów społecznościowych, treści i marketingu marki w Sprout Social.
Może pora rzucić etat i odpalić swój kanał? Albo w odwrotnej kolejności.
Developerzy (i Cloudflare) utrudniają pracę botom AI
Crawlery sztucznej inteligencji przeczesują strony internetowe na podobnej zasadzie jak roboty Google’a. Bywają jednak zanadto dociekliwe. Wysyłając tysiące zapytań dotyczących podstron, są w stanie „położyć” serwis niczym atak DDoS.
Na tego typu działania szczególnie narażone są witryny hostujące projekty open source. Zawierają one duże ilości publicznie dostępnych zasobów, takich jak kod źródłowy, dokumentacja czy historie tzw. commitów (zmian w kodzie). Szczególnie w trakcie scrapingu („wyciągania” danych – w odróżnieniu od crawlingu mającego na celu indeksację) boty mogą zbierać więcej informacji niż realnie potrzebują, powodując nadmierne obciążenie serwerów. Zwykle też ignorują ograniczenia zawarte w plikach robot.txt, tworzonych z myślą o crawlerach wyszukiwarek.
By ukrócić tę samowolkę, twórcy projektów open source zaczęli tworzyć rozwiązania blokujące „szpiegów” AI. Jednym z nich jest Anubis, zaprojektowany przez developera Xe Iaso. Algorytm selekcjonuje odwiedzających, serwując im zadania do wykonywania w ramach kodu JavaScript, z którymi radzą sobie ludzie, ale scrapery już nie.
Większą pomysłowością cechuje się Nepenthes, stworzony przez niejakiego „Aarona”. System wpuszcza boty w gęste maliny bezsensownego contentu, który z pewnością nie przysłuży się rozwojowi żadnego z modeli.
Podobne rozwiązanie wprowadził również Cloudflare, jeden z największych dostawców rozwiązań chroniących przed botami. Narzędzie o nazwie AI Labyrinth ma na celu spowolnienie i zdezorientowanie botów, by zniechęcić je do crawlowania stron.
O kolejne pomysły walki z botami AI warto podpytać AI.
Złe emocje to paliwo wielu mediów społecznościowych. Być może jednak da się je zastąpić zdrowszą siłą napędową?
Taki cel wyznaczył sobie Sez Up. Startup zabrał się do tematu raczej od strony kija niż marchewki, bo zamierza karać swoich użytkowników za tzw. rage-baiting, czyli publikację postów generujących swary i niesnaski.
Społecznościówka odżegnuje się jednak od brudnej roboty. Sankcje będzie wymierzać rękami innych użytkowników, dostarczając im jedynie narzędzia w postaci tzw. „silnika reputacji”. To funkcja, która pozwala oceniać posty w pięciu kategoriach: aprobaty, wpływu, przenikliwości, trafności i uprzejmości. Niski scoring przełoży się na spadek zasięgów kontrowersyjnych autorów i ograniczenie im możliwości interakcji.
Zmagający się z odpływem użytkowników Tinder (m.in. do „bratniego” Hinge’a – obie marki należą do Match Group) szuka wsparcia w sztucznej inteligencji.
Aplikacja udostępniła The Game Game – grę zasilaną modelem GPT-4o, która pozwala użytkownikom Tindera doszlifować techniki podrywu. Userzy otrzymują zestaw kart, z których każda zawiera inną personę i okoliczności spotkania. Celem gracza jest poprowadzenie dialogu z voicebotem AI w taki sposób, by niepozorna sytuacja stała się wstępem do randki (np. przez zdobycie numeru telefonu).
Czas gry jest limitowany. Podobnie jak liczba rozgrywek (maksymalnie pięć na dzień).
W pierwszym przypadku chodzi o to, żeby kwestie nie były przegadane. W drugim – żeby nie zakochać się w bocie.
Skandale to znakomite narzędzie PR-u. A międzynarodowe skandale polityczne – w szczególności.
Afera związana z wyciekiem poufnej rozmowy dotyczącej amerykańskich operacji wojskowych w Jemenie znacząco zwiększyła notowania Signala.
Jak podaje Appfigures, w dniu ujawnienia przecieku liczba pobrań komunikatora wzrosła o 26 proc., zbliżając się do 120 tys. Kolejnego dnia pobrań było już 193 tys., a dzień później rekordowe 195 tys. – o równe 100 tys. więcej niż wynosi przeciętny wynik Signala.
Użytkownicy oczywiście nie zainteresowali się apką z chęci doświadczenia podobnego przecieku. Uznali raczej, że komunikator, którego używa otoczenie prezydenta USA musi być całkiem solidnej jakości.
I zasadniczo jest. Przeciek, jak wiadomo, był efektem „błędu ludzkiego”.
Sztuczna inteligencja zaliczyła swoje pięć minut w influencingu, ale wciąż daleko jej do przejęcia widowni.
Zdaniem Moederannecasting, agencji castingowej z Amsterdamu, postacie AI tworzone są w oparciu o przestarzałe dane i sprzyjają utrwalaniu schematów. Dlatego Holendrzy postanowili wlać w sztuczną inteligencję nieco życia – i zamiast „czystych” influencerów AI, zaoferowali cyfrowe bliźniaki rzeczywistych osób. Specjaliści z Moederannecasting wybierają ludzkich modeli, a współpracująca z nimi Aigency Amsterdam tworzy ich wirtualne klony.
Być może podejście hybrydowe to sposób na pogodzenie interesów AI i ludzi? Oczywiście pod warunkiem, że modele będą otrzymywać tantiemy za każdy akt influencingu.
Producent piankowych chodaków zamieścił na Instagramie krótkie story demonstrujące podobieństwo nowego produktu Nike’a do „klasycznych” crocsów. Nagranie opatrzył następującym komentarzem: „Mieszkamy w twojej głowie za darmo, co Nike?” Filmik szybko stał się viralem, który raczej nie przysporzył chluby obuwniczemu gigantowi.
Przytyk dotyczy ReactX Rejuven8 – piankowych slip-onów dla kobiet. I faktycznie nie potrzeba rzeczoznawcy, by stwierdzić, że model jest mocno inspirowany chodakami konkurencji.
Z powodu „zawirowań politycznych” Tesla przeżywa kryzys wizerunkowy.
Odbija się on nie tylko na spadających cenach akcji firmy, ale również bezpieczeństwie właścicieli pojazdów tej marki.
Kierowcy tesli zaczęli doświadczać aktów wandalizmu, docinków i innych przykrości. Część z nich postanowiła rozwiązać problem w sposób kreatywny, dokonując samodzielnego „rebrandingu” swoich dwuśladów.
Właściciele elektryków zaczęli kamuflować lub zastępować logo Tesli oznaczeniami z symbolami innych marek motoryzacyjnych.
Toyota, Mazda i Audi (jak wynika ze zdjęć krążących po X-ie) lubią to.
Na Zachodzie przed dużym ekranem jada się popcorn, na Wschodzie – robi się na drutach.
Południowokoreańska sieć kin CGV wprowadziła do swojej oferty comiesięczne seanse z szydełkowaniem. Polegają one na – uwaga, nie będzie zaskoczenia – szydełkowaniu podczas seansu. Zainteresowanie, jak na razie, jest spore.
Za pomocą tego urozmaicenia sieciówka chce dotrzeć do osób, które spędzają zbyt dużo czasu w czterech ścianach i zaciągnąć je do kina. Szydełkowanie sprawdza się o tyle dobrze, że – przy dostatecznej wprawie – można je połączyć z patrzeniem w ekran.
Południowokoreańskie kina wciąż zmagają się ze skutkami pandemii. Lockdowny sprawiły, że ludzie przyzwyczaili się do małych ekranów i znacznie częściej wybierają streaming od wypadu do kina.
Okazja do uszycia swetra podczas seansu dla wielu z nich może okazać się game-changerem.
Deep fake’i mogą być bardziej niebezpieczne niż fake newsy. W dodatku trudniej się przed nimi ochronić. No, chyba że ma się do dyspozycji GetReal. Startup oferuje narzędzia do wykrywania fałszywek (obrazów, filmów, dźwięków), zaprojektowane z myślą o ochronie firm i instytucji.
Jeśli, przykładowo, ktoś z was zobaczy się na zdjęciu z Putinem, GetReal pomoże mu udowodnić, że do takiego spotkania nie doszło. Chyba że doszło.